środa, 20 września 2017

[Rok z Nebulą] "Mały Brat" Cory Doctorow

Kiedy dobierałam sobie listę tytułów do nebulowego wyzwania, kierowałam się dość prostymi kryteriami. Miały być to książki, które mnie choć trochę interesowały. Dodatkowe punkty dostawały za fakt, że mam je w domu (okazało się, że mam w domu zaskakująco dużo powieści, które nominowano do Nebuli). „Małego Brata” akurat miałam. Pomyślałam, że to młodzieżówka, więc powinna się sprawnie czytać, czyli świetnie nadawała się do wyzwania. Cóż, w tej kwestii się nie pomyliłam.

Marcus jest bystrym i trochę buntowniczym siedemnastolatkiem z San Francisco niedalekiej przyszłości (tak niedalekiej, że mogłaby być właściwie nieco alternatywną teraźniejszością). Ma kolegów i normalne życie, a jego pasją jest elektronika, programowanie i gry. Czasem zdarza mu się zerwać się ze szkoły, żeby te pasje realizować. Podczas takich właśnie wagarów jego miasto pada ofiarą zamachu bombowego, sam Marcus zaś – ofiarą nadużyć władz. Przekonawszy się na własnej skórze, jak cenna jest prywatność i wolność osobista, wobec narastającej (w imię zapobiegania terroryzmowi) inwigilacji, chłopak postanawia pomóc znajomym chronić prywatność. A oni pomagają swoim znajomym i tak dalej… Kiedy Marcus zaczynał, nie miał pojęcia, gdzie jak daleko to może zajść.

Mam problem z tą książką. Bo widzicie, po przeczytaniu doskonale zdaję sobie sprawę z tego, dlaczego ona dostała nominację do Nebuli, ale… przez całą lekturę towarzyszyło mi przekonanie, że to za mało. Literacko „Mały Brat” kompletnie niczym się nie wyróżnia spośród szeregów sprawnie napisanych powieści młodzieżowych – ot, język tak zwany przejrzysty (co samo w sobie nie jest wadą, no ale mówimy przecież o książce, którą nominowano do jednej z najbardziej prestiżowych branżowych nagród), sposób przedstawienia tematyki bardzo aktualny, ale nie rewolucyjny. Cóż, po nominacji do Nebuli generalnie spodziewałabym się więcej, niż literacko-koncepcyjnej poprawności.

Za co więc ta nieszczęsna nominacja? Za tematykę. Doctorow bowiem stworzył powieść przerażająco aktualną, nawet teraz po prawie dziesięciu latach od premiery. Autorowi udało się bowiem wykreować niepokojąco realną wizję państwa, w którym niby żyje się normalnie, ale władze wykorzystują każdy pretekst do tego, żeby zagarniać kolejną działkę prywatności obywateli, przekonując ich jednocześnie, że to dla ich dobra i tak naprawdę nic się nie dzieje. A każdego, kto próbuje się przed tym bronić (i egzekwować zapisane w konstytucji, należne mu prawa), od razu traktuje jak przestępcę. Doctorow pokazuje nie tylko mechanizmy powstawania takiego opresyjnego systemu, ale też mechanizmy tworzenia się obywatelskiego oporu, który przeradza się w otwartą rewolucję.

Sam mechanizm powstawania opresyjnego państwa nie jest tak naprawdę niczym nowym. Bardziej interesujące jest to, w jaki sposób autor, przy pomocy bohaterów swojej opowieści, prezentuje różnorodność ludzkich postaw w obliczu problemu. Mamy więc Marcusa, buntownika mimo woli, przykład tego, jak system sam produkuje sobie wrogów. Marcus nie chciał doprowadzić do buntu – chciał tylko dać ludziom wybór. A i to by go nie interesowało (czy raczej nie odkryłby, że coś jest nie tak), gdyby na własnej skórze nie doznał niesprawiedliwości i okrucieństwa systemu. Jako czytelnicy widzimy, że jego przyjaciele (przynajmniej niektórzy z nich przeżyli to samo) reagują inaczej. Van, nastolatka, której rodzice pochodzą z Korei Północnej, od razu dystansuje się do sprawy i stara się zapomnieć, żyć normalnie. Jolu, typowy buntownik, na początku chętnie się angażuje w opór przeciwko władzy, ale później się wycofuje. Zdaje sobie sprawę z tego, że będąc Latynosem, ryzykuje dużo więcej, niż biały Marcus – wie, że drugiej szansy nie dostanie. Mamy też wiele dzieciaków, które traktują to jako fajny event, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie brakuje ludzi, którzy możliwość donoszenia na znajomych i szpiegowania ich trktują jak dar od losu i pozwalają się bez skrępowania rozwijać swojemu małemu, wewnętrznemu sadyście. Ciekawym przypadkiem jest ojciec Marcusa – człowiek, który wierzy, że wspierając opresyjne państwo naprawdę może uchronić swoich najbliższych przed zewnętrznym niebezpieczeństwem i który przez bardzo długi czas nie zdaje sobie sprawy, że ono nie czai się na zewnątrz a poczucie bezpieczeństwa jest złudne…

Podsumowując: na plus realistyczna wizja kraju, który powoli staje się opresyjny i mechanizmów rządzących tym procesem. Także szeroka gama sprawnie odmalowanych postaw w reakcji na powyższe oraz kreacja realistycznych postaci. Na minus – zbyt prosty język, narracja czasem zamieniająca się w wykład (zazwyczaj ciekawy, but still; nie pomagają też przypisy, często rozwijające skrótowce albo oczywiste dla każdego użytkownika Internetu, albo wyjaśnione kilka zdań później). Ogólnie nie żałuję czasu spędzonego nad tą książką. Ale na nominację do Nebuli to ona nie zasłużyła.

Tytuł: Mał Brat
Autor: Cory Doctorow
Tytuł oryginalny: Little Brothre
Tłumacz: Barbara Komorowska
Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2011
Stron: 378

czwartek, 14 września 2017

"Ogień przebudzenia" Anthony Ryan

Jak wiadomo, każda książka, która oferuje smoki, wzbudza moje automatyczne zainteresowanie. Nie inaczej było z nowym cyklem Anthony’ego Ryana (znanego u nas z trylogii „Kruczy Cień”, z którą też mam zamiar się kiedyś zapoznać). I owszem, smoki są i to dużo, nawet w ciekawych ujęciach, ale o tym później. Co mnie uderzyło, to wiele punktów zbieżnych między prozą Ryana i Sandersona – i pozwólcie, że sobie te punkty zbieżne przy okazji niniejszej recenzji poomawiam.

Żelazny Syndykat Handlowy ma problem – smocza krew, na której oparł swoją ekonomiczną (a więc i każdego innego rodzaju) potęgę, zaczyna być coraz trudniejsza do zdobycia: wydajność hodowli drastycznie spada, a koszty odławiania dzikich smoków wszystkich czterech znanych gatunków (Czarnych, Czerwonych, Zielonych i Niebieskich) rosną w tempie wykładniczym. Oczywiście nie jest to informacja, która może przedostać się do szerszego audytorium (bo Cesarstwo Corvuskie tylko czeka na okazję do ataku). Należy przedsięwziąć odpowiednie kroki zaradcze. I Zarząd Syndykatu podejmuje: w nadziei na odkrycie piątego, legendarnego gatunku, wysyła ekspedycję do Interioru, a aby ekspedycja wiedziała, gdzie właściwie ma się udać, wysyła też agentkę z równoległą misją pozyskania tajemniczego artefaktu, którzy rzekomo wskazuje położenie terenów zamieszkanych przez legendarne Białe. Żadna z zainteresowanych stron nie wie jednak, jakie konsekwencje przyniosą ich działania.

Autorowi udało się stworzyć interesujący świat przedstawiony – coś na kształt steampunkowego cyberpunku. „Cywilizowany” świat jest podzielony między wpływy ponadnarodowych korporacji i jedyne ale za to zajmujące cały kontynent, absolutystyczne Cesarstwo Corvuskie, a wszystko to w dekoracjach plus-minus dziewiętnastowiecznych. Przy czym widać, że jest to konstrukcja głęboko przemyślana i bardzo złożona. Ryan poświęca wiele narracyjnej energii, aby odmalować nie tylko zróżnicowanie etniczno-kulturowe w momencie trwania akcji, ale też zasugerować, że przed akcją było ładne kilka tysięcy lat historii z licznymi, czekającymi na zbadanie białymi plamami. Mamy więc nie tylko bohaterów o zróżnicowanym wyglądzie (czekam na narzekania na tą straszliwą poprawność polityczną) i mówiących różnymi językami, ale też wywodzących się z rozmaitych kultur (co rzadsze, autor wspomina o konfliktach między tymi różnego pochodzenia bohaterami mających korzenie we wspólnej, czasem bardzo nieprzyjemnej historii). Właśnie ten zróżnicowany świat i jego zagadki jest główną osią napędową fabuły.

I to między innymi (poza upodobaniem do opasłych tomiszczy) łączy powieść Ryana z pisarstwem Sandersona – dobre światotwórstwo i wykorzystywanie tego światotwórstwa nie tylko jako fajnych dekoracji, ale też osi napędowej fabuły. Poza tym system magiczny opisany przez Ryana jest bardzo podobny do sandersonowej allomancji z cyklu „Ostatnie Imperium”. W obu przypadkach polega ona na wykorzystaniu rzadkich, wrodzonych zdolności, które pozwalają „spalić” zażyty wcześniej eliksir (u Sandersona była to zawiesina drobinek metalu, u Ryana ekstrakt ze smoczej krwi) i w zależności od rodzaju tego eliksiru uzyskać różne nadnaturalne moce na czas określony. To nie są jedyne podobieństwa, ale moim skromnym zdaniem wszystko inne Ryan zrobił lepiej.

Weźmy taką narrację. Podczas gdy czytając właściwie wszystkie grubsze powieści Sandersona miałam ochotę sporo powycinać (serio, naprawdę nie trzeba co kilka rozdziałów przez kilka stron przypominać czytelnikowi, jakież to rozterki przeżywa bohater, zwłaszcza, kiedy nic się w temacie nie zmienia), u Ryana nie jestem w stanie wskazać żadnego zbędnego elementu, żadnej dłużyzny. Obaj panowie stosują narrację trzecioosobową z perspektywy bohatera i znowu Ryan robi to lepiej – potrafi zróżnicować sposób narracji w zależności od możliwości konkretnego bohatera i jego sposobu odbierania świata. Na przykład agentka specjalna zwraca uwagę na gestykulację i drobne tiki rozmówcy, ponieważ może jej to wiele zdradzić o jego zamiarach i narracja o nich wspomina. Za to były rzezimieszek czy żołnierz kompletnie na takie niuanse uwagi nie zwracają i w ich przypadku narrator koncentruje się na czymś innym.

Co wychodzi Ryanowi nadzwyczaj dobrze, to prezentacja kobiet. „Ogień przebudzenia” to jedna z naprawdę nielicznych powieści fantasy, w których nie tylko mamy istotną główną bohaterkę (to akurat nie jest wcale takie rzadkie), ale też narrację poprowadzoną w ten sposób, żeby pokazać czytelnikowi, że świat nie składa się wyłącznie z robiących rzeczy mężczyzn i kryjących się gdzieś na nieistotnym uboczu kobiet (tu może mały disclaimer: ja naprawdę nie uważam, że pisarze i pisarki świadomie piszą opowieści z jedynym takim żeńskim płatkiem śniegu osadzonym wśród mających moce sprawcze mężczyzn i robiących za tło kobiet. Tylko że większość chyba najzwyczajniej w świecie nie ma pomysłu na sensowne bohaterki drugo- i trzecioplanowe, więc ich nie pisze. Co skutkuje tym, że na kilkuset stronach mamy nadreprezentację bohaterów męskich przy braku lub pretekstowych/ledwie wspominanych bohaterach żeńskich. I o ile w stosunkowo krótkich, kameralnych na dobrą sprawę utworach jestem w stanie to zrozumieć – bo objętość powieści ogranicza możliwość ekspozycji – to przy ogromnych kolubrynach na prawie tysiąc stron już nie bardzo). Z trójki wiodących postaci jedna jest kobietą i jej właśnie najbliżej do tej typowej Silnej Postaci Kobiecej – to taki James Bond swoich czasów w spódnicy, postać świetnie napisana, ale w sumie dość przewidywalna. Ale nie jest jedyną zarysowaną postacią kobiecą w swoim wątku – autor zdołał bowiem stworzyć też dalszoplanowe, ale pełnokrwiste postacie płci obojga, których mimo braku jakiejś szczególnej fabularnej roli czytelnik nie traktuje jako dekoracji. I takich pełnokrwistych bohaterów dalszych planów jest w książce mnóstwo – właśnie płci obojga, bo stosunek jest wyrównany. A to zaskakująco rzadkie.

Głowni bohaterowie, z których perspektywy obserwujemy wydarzania, to były złodziejaszek, agentka specjalna i oficer marynarki wojennej Syndykatu. Każda z tych perspektyw tworzy właściwie własną powieść (jeśli o oficera chodzi, to właściwie jest to tylko przedstawienie postaci, bo zakończenie sugeruje, że większą rolę będzie miał do odegrania dopiero w kolejnym tomie). I tak były złodziejaszek, Claydon Torcreek, pozwala nam za swoim pośrednictwem poznać przygodową opowieść o wyprawie w nieznaną dzicz – coś jak pamiętniki dziewiętnastowiecznych angielskich podróżników, tylko te bardziej podkoloryzowane. Przy czym mam wrażenie, że jest postacią najbardziej statyczną – owszem, dojrzewa do podjęcia ogromnej odpowiedzialności, ale już na początku autor wyraźnie sugerował, że takie odruchy nie są mu obce. Poza tym jest po prostu sympatycznym chłopakiem, który trochę się w życiu pogubił. Na wyprawę w dziki Interior Clay wybrał się ze stryjem i jego kompanią najemników, która sama w sobie stanowi mieszaninę barwnych postaci, a w trakcie opowieści jeszcze kilka się znajduje (między innymi smok. Czarny z błękitnymi oczami. Czy to tylko moje wrażenie, że odkąd Novik stworzyła Temeraire’a, każdy czarny smok musi mieć niebieskie oczy?). Agentka, o której wspominałam w poprzednim akapicie to właśnie taka kobieta osadzona w typowo męskiej roli (z naszej perspektywy, bo akurat w tym uniwersum kobieta szpieg to nie nowina), poza tym jest bardzo aktywną, mająca ogromny wpływ na bieg wydarzeń postaci. Przechodzi najbardziej złożoną metamorfozę – z bezgranicznie ufającej przełożonym, oddanej agentki, w kobietę, która wreszcie zaczyna dostrzegać potencjalne niebezpieczeństwo drzemiące we wpojonych jej ideałach. Najmniej wiemy o poruczniku Hilemore – ale dowiemy się pewnie znacznie więcej w kolejnym tomie.

Kilka słów o smokach, no bo gdzieżby nie. Na początku czytelnik poznaje je jako zwykłe, choć cwane zwierzaki bez szerszych możliwości intelektualnych, jednak z biegiem wydarzeń okazuje się, że to złudne wrażenie. Sam autor wykorzystuje je po trosze jako metaforę zgubnych sił natury. Z jednej strony gospodarka nie może sobie bez tego dobra poradzić (rozpaczliwa sytuacja Syndykatu), a kiedy już wyeksploatowała źródło do granic, zaczęła szukać nowych, ignorując niebezpieczeństwa z tym związane.

Przyznam szczerze, że „Ogień przebudzenia” spodobał mi się bardziej, niż się spodziewałam. Bogaty świat, sympatyczni bohaterowie, fajne smoki, intrygujące zagadki – czego chcieć więcej? Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Ogień przebudzenia
Autor: Anthony Ryan
Tytuł oryginalny: The Waking Fire
Tłumacz: Małgorzata Strzelec
Cykl: Draconis Memoria
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 712

sobota, 9 września 2017

Zmyślenia #38: Czytampierwszy.pl - wrażenie pierwsze (i chyba ostatnie)

Tę notkę miałam napisać później i miała wyglądać inaczej. Planowałam przetestować serwis od A do Z (czyli wziąć sobie jakąś książkę, przeczytać, napisać reckę, wrzucić, zdobyć punkty) i dopiero wtedy opisać swoje wrażenia, dodać kilka porad, wiecie, jak ci znani blogerzy od nowinek technologicznych. Ale wygląda na to, że całego cyklu nie doprowadzę do końca (o czym później), więc postanowiłam chociaż raz skorzystać z okazji napisania notki na temat modny. A nuż ktoś żądny sensacji kliknie, skuszony tytułem.

Jeśli nie słyszeliście jeszcze o portalu Czytampierwszy.pl, to krótkie wprowadzenie. Jest to nowa inicjatywa dla ludzi chcących dostawać książki za recenzje, oparta na zasadzie przyznawania punktów, za które to punkty można potem „kupić” kolejne książki. Punkty otrzymuje się za różne aktywności, zależnie od ich jakości.


I nie, nie mam zamiaru jak niektórzy rwać szat nad wyzyskiem blogerów, ani też udowadniać, dlaczego ci, co rwą nie mają racji. Chcę napisać tekst o swoich wrażeniach, swoistą zupełnie subiektywną analizę zjawiska, choć nieco uboższą, niż zamierzałam pierwotnie (no i wiadomo, każdy temat na notkę dobry). Łowcy sensacji się zawiodą, ale kliki już poszły.;)

Sama do inicjatywy podeszłam bardzo entuzjastycznie. Wiecie, bezpośredni kontakt z wydawcą ma swoje zalety, ale dla skrajnej introwertyczki tak chętnie chowającej się pod kamieniem jak ja, możliwość pominięcia etapu korespondencji to czasem zaleta. W dodatku system punktowy miał różnicować przyznawane nagrody w zależności od poziomu recenzji, więc mogłabym się poczuć doceniona, czy coś. Niestety, rzeczywistość okazała się nieco mniej różowa, z kilku różnych powodów.

Regulamin i prawa autorskie

Może nie wiecie, ale mam do swoich płodów dość paranoiczny stosunek. Przynajmniej jeśli chodzi o prawa autorskie. Po prostu lubię mieć pełną kontrolę nad tym, gdzie i w jakiej formie te moje płody sie pokazują.

Może nie jestem specjalistką od interpretacji, ale zapis o udzieleniu „nieodpłatnej, wyłącznej i bezterminowej licencji” na replikowanie we wszystkich znanych formach trochę mnie odrzuca. Znalazł się tam zapewne po to, żeby zarządca serwisu nie miał problemów z, powiedzmy, zezwalaniem na umieszczanie fragmentu na tylnej okładce czy skopiowaniu, powiedzmy, na stronę wydawcy. Ale, jeśli interpretuję go prawidłowo, właściwie pozwala na dowolne powielanie tekstu gdziekolwiek, z pominięciem podania pierwotnego autora. A dla blogera to o tyle niekorzystne, że po pierwsze tekst śmiga po sieci, a nikt nawet nie wie, kto go naprawdę napisał i że można gdzieś szukać więcej (ergo tracimy potencjalnych czytelników), a po drugie, jeśli Google zorientuje się, że takie same teksty znajdują się na kilku stronach, to ogranicza wyświetlanie tych stron w wynikach wyszukiwania. Co dla sporego portalu nie ma większego znaczenia, ale dla małego blogaska już tak. I tak, wiem, że to jest dość standardowy zapis w serwisach gromadzących recenzje i opinie – zgadnijcie, dlaczego nie wrzucam pełnej treści notek na LC?

Co zabawniejsze, mogłabym ten zapis jakoś przełknąć – w końcu skoro już dają te książki, to niech tam sobie wezmą licencję do tekstów, jest to zawsze jakiś deal. Ale tutaj dochodzimy do kwestii naliczania punktów.

Punktacja

Sam pomysł punktacji jest fajny – jasna rozpiska, jasna sytuacja. Trochę mniej fajne są już sumy punktów. (Ale nie, nie zamierzam w tej chwili płakać nad wyzyskiem blogosfery. Zresztą, o swoim ogólnym stosunku do współprac też kiedyś napiszę). Ponieważ żeby dostać papier, trzeba na start dozbierać sobie 50 punktów. Co jest możliwe, bo istnieje opcja dodawania recenzji do książek, których nie wykupiło się w serwisie. Tylko że mnie osobiście nie uśmiecha się oddawanie (o przepraszam, udostępnianie w bezterminowej licencji) praw do tekstów, z którymi serwis nie miał nic wspólnego.

Jednakowoż nie każdy przecież musi czytać papier. Mnie osobiście, jako że jestem leniwą bułą i nie chce mi się rozrzucać po Internecie zmienionych i skróconych wersji tekstów dla punktów, wystarczyłyby ebooki, a te są znacznie, bo pięciokrotnie tańsze od papieru. Po to się kupiło czytnik, żeby z takich okazji wygodnie korzystać, prawda? No cóż, nie do końca.

Forma elektroniczna

Zapisując się do serwisu, spodziewałam się, że do wyboru będę miała formę papierową (prebook lub normalną książkę, w zależności od czego, czy chodzi o egzemplarz przedpremierowy, czy nie) albo ebooka. Dotychczasowe współprace nauczyły mnie, że w takim wypadku ebookiem jest po prostu plik z książką w wybranym, wygodnym dla recenzenta formacie, a żadna z informacji zamieszczonych w serwisie nie wyprowadziła mnie z tego przekonania. Toteż zdziwiłam się mocno, kiedy dowiedziałam się, że rzeczona wersja elektroniczna to tak naprawdę link do pliku do wglądu online (a i tego dowiedziałam się z drugiej ręki, bo mój link od trzech dni nie działa, a próby kontaktu z obsługą pozostają bez odpowiedzi).

I to jest właśnie główny powód, dla którego nie mam zamiaru swojej współpracy z serwisem kontynuować. Czytanie z monitora jest dla mnie osobiście torturą (tym większą, że mam sporą wadę wzroku i po dłuższym czasie to dosłownie boli), od czytania książek wirtualnych mam czytnik. Jeśli nie mogę z niego korzystać, to cała impreza mija się z celem.

Przy czym ciągle uważam, że cała inicjatywa to fajny temat. Tylko nie jestem jej targetem, ani indywidualnie, ani jako członkini pewnej grupy. Wydaje mi się, że serwis jest skierowany bardziej do ludzi, którzy albo blogów nie mają i wrzucają recki tylko na Lubimy Czytać i ewentualnie serwisy społecznościowe, albo dopiero zaczynają przygodę z blogowaniem i nie wiedzą, jak te współprace zacząć/nie mają chwilowo zbyt wiele do zaoferowania. Taka stara blogowa krowa jak ja nie ma tam czego szukać. Choć pewnie i tak będę z ciekawości zaglądać i sprawdzać, co się zmieniło.

środa, 6 września 2017

Na co poluje Moreni: wrzesień 2017

Po letnim sezonie ogórkowym we wrześniu mamy wysyp nowości. Toteż notka będzie wyjątkowo długa. Już się ciesze na ten wysyp nowości (i trochę przeraża mnie przewidywany rozmiar kolejnego stosiku), więc nie przedłużając, przejdźmy do meritum.

Chce mieć

"Dwie karty" Agnieszka Hałas
12 września

Agnieszka Hałas jak dotąd nie miała szczęścia do wydawców - jej fantastycznymi utworami interesowały się wyłącznie niszowe oficynki, nierzadko oferujące jedynie elektroniczną formę wydania. Chyba dlatego nie zaistniała w szerszej fandomowej świadomości (chyba, że ktoś konwentowy, bo na konwentach udziela się akurat bardzo często), mimo zbudowania pewnej grupy zagorzałych fanów. Tym razem za jej sztandarowy cykl zabrało się duże wydawnictwo, czyli Rebis. I przyznam, że na tę premierę (a zarazem na jakieś sensowne wydanie) czekałam od dawna. Obym się nie zawiodła.

Srebrni magowie bezlitośnie ścigają wyznawców czarnej magii, uznanej za skażoną. Demony z Otchłani przybierają ludzką postać i przenikają do świata śmiertelników... W Shan Vaola nad Zatoką Snów pojawia się na wpół obłąkany człowiek z twarzą pociętą bliznami, który pamięta jedynie urywki ze swej przeszłości. W tunelach podziemnego świata żywiołaków i chowańców, ifrytów i homunkulusów, żebraków i przestępców, stopniowo odkrywa swoje magiczne talenty. Dwie karty – powieść mroczna, intrygująca, pełna plastycznych szczegółów obyczajowych, z pełnokrwistymi postaciami tworzącymi żywą, przemawiającą do wyobraźni społeczność – otwierają cykl dark fantasy „Teatr węży”.

"Cień Gildii" Aleksandra Janusz
13 września

Co prawda drugiego tomu jeszcze nie przeczytałam i (biorąc pod uwagę moje plany czytelnicze) raczej nie przeczytam przed premierą, niemniej sympatia, jaką we mnie wzbudził tom pierwszy ciągle pozwala mi się jarać faktem, że tom trzeci na horyzoncie. Ku pewnej swojej konsternacji stwierdam, że to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier roku.

Vincent i jego przyjaciele wracają do Arborii, po raz pierwszy od siedmiu wieków łącząc rozdarty kontynent i tym samym rozpoczynając nową epokę w dziejach świata. Chociaż wydarzenia, do jakich doszło w Utraconej Bretanii, są objęte ścisłą tajemnicą, Vincent wie, że to długo nie potrwa, a ochrona nowo odkrytego lądu przed podbojem i kolonizacją może się okazać sporym wyzwaniem. Tymczasem uaktywnia się sekretne stowarzyszenie magów, które zwalczał jeszcze Lucjusz Szalony. Ich wiedza może po raz kolejny zmienić świat… albo go zniszczyć.

"W królestwie Monszatana" Marcin Rotkiewicz
27 września

W zasadzie nie wiem, czego spodziewać się po tej książce. W dobie wszechobecnych antyszczepionkowców i wynikającego z braku zrozumienia strachu przed biotechnologią "literatura debunkowa" jest bardzo potrzebna - i dlatego muszę mieć te książkę. Z drugiej strony zastanawiam się, czy autor podołał tak rozległemu i pełnemu niuansów tematowi.

„Genetyczne mutanty”, „niezniszczalne superchwasty”, „rakotwórcze pestycydy”, „szczepionki wywołujące autyzm”, „uzależniający gluten”. Podobne nagłówki od lat straszą nas z pierwszych stron gazet. Gdzie leży prawda? Czy genetycznie zmodyfikowane rośliny, szczepionki i gluten faktycznie są takie straszne, jak je malują ekoaktywiści, politycy i celebryci? I czy firmy zajmujące się produkcją GMO – z niesławnym Monsanto na czele – naprawdę zagrażają współczesnemu rolnictwu?
Dziennikarz naukowy Marcin Rotkiewicz, niczym w średniowiecznym bestiariuszu, zbiera sumę współczesnych strachów związanych z rozwojem nauki. Nie banalizując potencjalnych zagrożeń, klarownie i wciągająco wyjaśnia, kto posługuje się rzetelnymi argumentami, a kto zarabia na rozsiewaniu paniki.
To książka dla tych, którzy chcą wiedzieć, jak powstają pseudonaukowe teorie i czy naprawdę jest się czego bać.

"Zaszyj oczy wilkom" Marta Krajewska
30 września

Jest to kontynuacja książki, której zdarzyło mi się patronować, więc rozumiecie, że nie mogę przegapić. Mam tylko nadzieję, że autorka nie pójdzie zanadto w romans. I że data premiery znienacka się nie zmieni.

Podczas każdej pełni księżyca mieszkańcy Wilczej Doliny ryglują drzwi w chatach i siedzą w ciszy, nasłuchując z niepokojem wycia wilkołaka. Pochłonięta własnymi kłopotami Venda nie potrafi w pełni poświęcić się obowiązkom Opiekunki. Nikt nie wie, jak wygórowaną cenę zapłaciła dziewczyna za pomoc otrzymaną od Pana Lasu i jak długo jeszcze będzie jego dłużniczką.Atra, niepomna ostrzeżeń, pragnie nie tylko odzyskać to, co utraciła, ale również zemścić się. W trakcie swoich poszukiwań odkrywa, że być może ostatni z wilkarów będzie w stanie jej pomóc. Czy jednak jej starania nie doprowadzą do jeszcze większych nieszczęść? Więź łącząca Vendę i DaWerna nie może zostać zerwana bez straszliwych konsekwencji.
W świętym gaju bogowie milczą, a Venda czuje się opuszczona i bezsilna.
Nad Wilczą Doliną zapada zmrok…

Chcę przeczytać

"Daleka droga do małej, gniewnej planety" Becky Chambers
11 września

Zysk ostatnio wydaje coraz więcej fantastyki, rozpoczynając coraz to nowe serie (z jednej strony fajnie, bo ciekawych tytułów nigdy dość, z drugiej trochę strach, że pójdą w ślady Fabryki Słów i większości zaczętych cykli nie skończą). Tym razem jest to nowa seria chyba lekkiego i przygodowego SF. Rzadko czytam SF, ale to jest chyba jedno z tych, które mogłoby mi się spodobać.

Pełna przygód kosmiczna wyprawa z barwną załogą oraz zuchwałą młodą podróżniczką, która w odległych zakątkach wszechświata odkrywa znaczenie rodziny.
Kiedy Melisa Harper dołącza do załogi starzejącego się „Wędrowca”, nie spodziewa się wiele. Połatany statek, który okres świetności ma już za sobą, daje jej wszystko, czego mogłaby zapragnąć: małe, spokojne miejsce, które przez jakiś czas może nazywać domem, przygodę w odległych zakątkach galaktyki oraz możliwość ucieczki od niespokojnej przeszłości.
Lecz „Wędrowiec” daje Melisie coś, czego się nie spodziewała. Jego załoga to mieszanina ras i osobowości, poczynając od Sissix, przyjaznej gadziej pilotki, a kończąc na Kizzy i Jenksie, wciąż kłócących się inżynierach, dzięki którym statek jest na chodzie. Życie na pokładzie statku jest chaotyczne, lecz mniej więcej spokojne – dokładnie takie, jakiego pragnie Melisa.
Do czasu, kiedy załoga otrzymuje wymarzoną pracę: okazję zbudowania tunelu czasoprzestrzennego prowadzącego do odległej planety. Jej członkowie zarobią dość pieniędzy, by przez kilka lat wygodnie żyć… jeśli przetrwają długą podróż przez rozdzieraną wojną przestrzeń międzygwiezdną, nie zagrażając przy okazji kruchym sojuszom, dzięki którym w galaktyce panuje spokój.
Szybko okazuje się, że Melisa nie jest jedyną osobą na pokładzie statku, która ma coś do ukrycia, a załoga wkrótce się przekona, że przestrzeń kosmiczna może i jest ogromna, lecz statki kosmiczne są bardzo małe…

"Nibynoc" Jay Kristoff
13 września

Mam słabość do tego autora i jego młodzieżówek. I zanim doczekam się zwieńczenia trylogii o Tancerzach Burzy, chętnie zapoznam się z czymś innym tegoż autora. Zobaczymy, jak mu poszło w nowym uniwersum.

W świecie, gdzie trzy słońca prawie nigdy nie zachodzą, początkująca morderczyni wstępuje do szkoły dla zabójców, planując zemstę na osobistościach, które zniszczyły jej rodzinę.
Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii jej ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ścigają ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała.
Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o krok bliżej tego, czego naprawdę pragnie.

"Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard
13 września

Moda na literaturę "eko" rozlewa się powoli na ksiązki popularnonaukowe tylko luźno z nią związane. I dobrze, bo o kosmosie można bardzo fajnie pisać. Dlatego o tym w dłoni też bym chętnie przeczytała.

Gdy wieczorami patrzysz w niebo, widzisz tylko tajemniczą i niepokojącą przestrzeń.
Granatowa otchłań przetykana mrugającymi gwiazdami stanowi zagadkę, nad którą pewnie się zastanawiasz. Jednak naukowy język, którym zwykle opisuje się Wszechświat, sprawia, że zamiast zgłębiać teorię Wielkiego Wybuchu, czujesz, że zaraz wybuchnie ci głowa.
Właśnie dlatego musisz przeczytać tę książkę. Christophe Galfard, uczeń samego Stephena Hawkinga, zabierze cię na niezwykłą wyprawę 10 milionów lat świetlnych od Ziemi, pokaże powierzchnię gasnącej gwiazdy lub zmniejszy cię do rozmiarów atomu. Dzięki sile wyobraźni, bez trudnych definicji i skomplikowanych obliczeń odkryjesz prawdziwe piękno Wszechświata.

"To nie jest kraj dla pracowników" Rafał Woś
13 września

Sama jestem pracownikiem. I lubię literaturę faktu. A temat rynku pracy w Polsce (czyli taki bezpośrednio mnie dotykający) jest dość rzadko poruszany.  

Szczegóły
Ta książka wywoła rewolucję!
Co się stało z pracą na świecie i w Polsce, co się z nią dzieje
i wreszcie - co się z nią stanie w przyszłości? Dlaczego tak wielu z nas czuje się wykorzystywanych przez swojego pracodawcę? Dlaczego tak mało zarabiamy? Czy reguły polskiego rynku pracy można zmienić? Znakomity publicysta Rafał Woś próbuje odpowiedzieć na te i wiele innych ważnych pytań, dotyczących codzienności i przyszłości każdego z nas.
Informacje o nagrodach:
Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska (2011, w kategorii prasa)
Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego 2013 – wyróżnienie
Nagroda im. Dariusza Fikusa 2015
Grand Press Economy 2015
Nominowany do m.in.: Grand Press w kategorii publicystyka (2012), Nagrody im. Barbary Łopieńskiej (2014, wywiad prasowy), XVIII edycji Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego, Studenckiej Nagrody Dziennikarskiej MediaTory w kategorii „NawigaTOR”,nagrody Grand Press Economy 2014.
Opinie. 


"Córki Wawelu" Anna Brzezińska
14 września

Anna Brzezińska swego czasu była nazywana królową polskiej fantastyki. Niestety, od lat nie napisała niczego poza sporadycznymi opowiadaniami. Najnowsza powieścią też nie wraca do fantastyki, migrując w kierunku powieści historycznej. I choć to nie jest mój ulubiony gatunek, to jednak chciałabym zajrzeć, jak tam pani Brzezińskiej idzie po latach.

Polska Jagiellonów oczami kobiet
Wielki powrót Anny Brzezińskiej – przełomowa książka o historii kreowanej przez mężczyzn, w której jednak najważniejszą rolę odgrywały kobiety
Regina jest prostą chłopką, dla której Kraków to obietnica lepszego bytu i zarobku. Dziewczyna zostaje przyjęta na służbę do mistrza Bartłomieja, uznanego słodownika, który, jak szybko się okazuje, oczekuje od niej oddania i posłuszeństwa nie tylko w kuchni… Wkrótce na świat przychodzi „potworek” – Regina nie umie myśleć inaczej o swojej córce karlicy. A jednak to właśnie Dosia trafia na królewski dwór. To jej oczami – postaci prawdziwej, która rzeczywiście przechadzała się po królewskich krużgankach, opiekunki, świadka wydarzeń, uczt, ślubów, spisków i gwałtów – podglądamy codzienne życie jagiellońskich królewien: Jadwigi, Izabeli, Zofii, Anny i Katarzyny.
Anna Brzezińska, ceniona pisarka i mediewistka, powraca z nową zaskakującą książką. Na przeszło ośmiuset stronach opisuje życie kobiet za czasów ostatnich Jagiellonów. Jej bohaterkami są nie tyko uprzywilejowane – jak mogłoby się zdawać – córki króla Zygmunta I Starego z małżeństw z Barbarą Zápolyą i Boną Sforzą, ale także bękarcice, mieszczki, kobiety z plebsu przyjmowane do pracy jako sługi, a traktowane jak niewolnice.
Córki Wawelu… zadziwiają rozmachem  i drobiazgowością, jednocześnie pociągają barwną fabułą i plastycznością opisów. Brzezińska, jako wytrawna historyczka i znawczyni epoki, dba o szczegóły, powołuje się na źródła, a jako pisarka, tak ciekawie snuje opowieść, że jej książkę czytać można na równi jako dzieło historyczne i wciągającą powieść. To właśnie tu toczyła się historia: pomiędzy komnatami, na uliczkach, w spiżarniach  i w ciemnych zaułkach Krakowa. Często miały na nią wpływ z pozoru mało znaczące wydarzenia, co Brzezińska potwierdza w dokumentach. Tylko tam, gdzie brakuje źródeł, pisarka wspomaga się wyobraźnią.
Słowem, to książka totalna, jakiej w polskiej literaturze historycznej jeszcze nie było.


"1000 słów" Jerzy Bralczyk
26 września

Czytanie o słowach to chyba jakaś słówcepcja, ale to uwielbiam. Choć jeszcze nie wiem, czy w wykonaniu Bralczyka przypadnie mi do gustu. Niemniej, gotowam zaryzykować.

Po bestsellerowych „500 zdaniach” czas na „1000 słów”, a więc opus magnum najpopularniejszego językowego autorytetu Polaków.
W błyskotliwych, a jednocześnie odkrywczych i głębokich felietonach Jerzy Bralczyk przedstawia najbardziej niezwykłe, najwięcej znaczące i najważniejsze słowa, których używamy na co dzień i od święta. Tropi zmieniające się znaczenia wyrazów i zaskakujące powroty słów – wydawałoby się – skazanych na zapomnienie. Obok słów wielkich, które każą stawać na baczność, będą też słowa-perełki, które swoim brzmieniem, historią, znaczeniem, emocjonalnym tłem budzą zdumienie i radość z ich ponownego odkrycia.
Redaktorem książki jest Michał Ogórek, który tworzy niezwykłą strukturę „1000 słów” – książka ta dzięki niemu będzie czymś znacznie więcej niż zbiorem felietonów. „Bralczykowe” opowieści o słowach w wersji Ogórka układają się w opowieść nie tylko o metamorfozach polszczyzny, ale również przemianach naszej obyczajowości, kultury, polityki. Książka na każdą półkę.


"Kudłata nauka" Martin Durrani, Liz Kalaugher
27 września

Cóż, ilość ciekawych naukowych faktów jest ograniczona, więc nie spodziewam się, żeby ta książka miała mnie czymś zaskoczyć. Ale i tak chciałabym do niej zajrzeć - choćby dlatego, że nie ma w tytule żadnych tajemnic, sekretów czy inszego ukrycia.

DLACZEGO ZWIERZĘTA SĄ MĄDRZEJSZE OD NAUKOWCÓW?
Zwierzęta, aby przeżyć muszą liczyć na swoje ciało, zmysły, spryt, swoich partnerów i członków stada, ale przede wszystkim na naukę.
Od gęsto owłosionych kotów i psów po bezwłose homary czy kałamarnice – fizykę wykorzystują wszystkie stworzenia. Węgorz zabijał kraba za pomocą prądu znacznie wcześniej, niż wynaleziono paralizator. Słoń wyczuwał niebezpieczeństwo, odbierając wibrującje poduszkami u stóp, zanim stworzono aparat słuchowy.
Jak kotu udaje się pokonać grawitację?
Dlaczego węże udają wężyce, a ssaki sikają 21 sekund?
Po co reniferom światło ultrafioletowe przy poszukiwaniu jedzenia?
To jedyna książka, dzięki której poznasz sztuczki i przekręty zwierząt oraz zrozumiesz ich zachowanie w walce o przetrwanie. Odkryj świat pełen naukowych praw i eksperymentów, o których badacze nie mieli wcześniej pojęcia.
To cudowna, mądra, dzika i naukowa podróż po świecie zwierząt.


"Prywatne życie łąki" John Lewis-Stempel
27 września

Niby oficjalna premiera dwudziestego siódmego, ale w sklepie wydawnictwa można ją kupić już od początku miesiąca. I kurczę, nie wiem, czy będę zachwycona wnętrzem, ale coś mi mówi, że zewnętrzem jak najbardziej. I może nawet tylko ze względu na zewnętrze ją kupię...

To najbardziej inteligentna i wciągająca książka przyrodnicza, jaką będziecie mieli przyjemność przeczytać!
Pięknie napisana, refleksyjna, a zarazem dowcipna opowieść człowieka, który z czułością i pasją podpatruje pory roku mijające jedna po drugiej na łące tętniącej życiem. John Lewis-Stempel, mieszkający na pograniczu Anglii i Walii, nie tylko obdarzony jest zmysłem uważnej i życzliwej obserwacji, ale też wszystkożerną, typowo angielską ciekawością. Autor poznał rozmaite gatunki roślin i zwierząt żyjących w jego okolicy i potrafi o nich opowiadać w niezrównany oraz zachwycający sposób. Kto raz zanurzy się w ten poetycki świat pieszych wędrówek po terenach Herefordshire, ten na zawsze zmieni sposób myślenia o otaczającej przyrodzie.


"Ciężko być najmłodszym" Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
27 września

Nabrałam ogromnej słabości do lekkiej, humorystycznej rosyjskiej fantastyki. Może dlatego, że ta anglosaska nawet jak jest lekka, to strasznie na poważnie. A tu, choć pewne rzeczy mi zgrzytają, mam pewność, że czeka mnie bezpretensjonalna, nienadęta zabawa. Co prawda nie znam możliwości tego autorskiego duetu, ale pomysł jest tak uroczy, że trzebaby niezwykłego talentu, żeby go położyć.

Jesteś miłośnikiem rosyjskiej fantasy? Lubisz Olgę Gromyko? Oksanę Pankiejewą? Aleksandrę Rudą? Ta pozycja jest dla ciebie!
„Ciężko być najmłodszym” to pierwszy tom trylogii Książę Ciemności napisanej przez duet autorek: Ksenię Basztową i Wiktorię Iwanową.
Dużo magii, przygód i wartkiej akcji, okraszonej wyjątkowym humorem tak lubianym przez wszystkich miłośników rosyjskiej fantastyki.
Naprawdę trudno jest być najmłodszym, szczególnie w rodzinie Mrocznego Władcy. Szczególnie kiedy cała reszta braci prowadzi już samodzielne życie, a ciebie nadal próbują karmić z łyżeczki. Jedyna możliwość to uciec z domu, najlepiej do jakiejś szkoły magii. A żeby nie było za nudno to zawsze można zabrać do towarzystwa drużynę bohaterów, siedzących w zamkowych lochach... i chyba lepiej zrobić to incognito, tak na wszelki wypadek. 


"W Kasprowym mateczniku. Opowieść przyrodnicza" Wojciech Gąsienica-Byrcym
29 września

To chyba powieść dla nieco młodszych czytelników, ale i tak bardzom jej ciekawa. Ta mała ja, która wychowała się na Rogasiach  z Doliny Roztoki, "Zewie krwi", hienach z ogrodu zoologicznego i tatrzańskich rysiach byłaby niepocieszona, gdybym sobie ten tytuł odpuściła.

To nie jest bajka o misiach. To opowieść o prawdziwym życiu niedźwiedzi w tatrzańskiej ostoi. Od zawsze budziły ludzki podziw i szacunek. Dawniejsi górale nie wymawiali nawet ich nazwy, by nie wywołać ich z lasu. Bywają podobne do ludzi, mają swoje radości i troski. Są cierpliwe, konsekwentne, znane z doskonałej pamięci, pewności siebie i imponującej siły. Ta opowieść jest szansą na bezpieczne podpatrzenie z ukrycia tych pięknych i mądrych tatrzańskich zwierząt, na zajrzenie do Kasprowego matecznika.

"Niepełnia" Anna Kańtoch
29 września

Nie wiem, czy to książka dla mnie. Ale Kańtoch to Kańtoch.

Jaką tajemnicę skrywa zasypany śniegiem biały dom na odludziu? Kto w nim mieszka (mieszkał), kto w nim jest (był) więziony i kto w nim umiera (umarł)? Lektura Niepełni przypomina wędrówkę pokojami pałacu. W miarę otwierania kolejnych drzwi rośnie napięcie, a związek między bohaterami nabiera nowych znaczeń. Co stało się z dzieckiem, które nie chce zdecydować, czy jest dziewczynką, czy chłopcem (Za każdym razem mówiło sobie: Jeszcze nie. Nie dzisiaj. Później, jak będę duży i silna). Dziewczyna niepełna dziewczęcości, czy chłopak niepełny chłopięcości kim się czują, kim tak naprawdę są bohaterowie?
Niepełnia to kryminał nieoczywisty. Tajemnicza i nastrojowa, szkatułkowa, pełna ukrytych znaczeń literacka podróż do tożsamości płci.

sobota, 2 września 2017

Stosik #95

W tym miesiącu stosik nietypowy, bo... nie kupiłam żadnej ksiązki. Ani żadnej nie dostałam do recenzji.;) Więc miniaturka z cudzesów. Lubię miniaturki. Są jak efemerydy, nie potrafią utrzymać się dłużej... (ta też się nie utrzyma, bo we wrześniu planuję spore zakupy, a ilość interesujących nowości jest porażająca - ae o tym w następnej notce). Tymczasem do rzeczy.


Frontem do klienta stoi poprzedni (bo od wczoraj jest już dostępny nowy) numer "Smokopolitana" - fanowskiego kwartalnika, do którego to od samego początku inicjatywy miałam dużo ciepła w serduszku, ale którego jakoś do tej pory nie czytałam. A mogłam, bo wersje elektroniczne wszystkich numerów są dostępne za darmo na ich stronie. Tylko za papierową prenumeratę trzeba zapłacić. I powiem wam, że jak tak patrzę na jej jakość, to zastanawiam się, czy nie zainwestować.

Z leżących, na samej górze mamy "Załatwiaczkę" Wójtowicz. Wzięłam ją z biblioteki na poły spontanicznie (bo nie planowałam, ale jak zobaczyłam, to przypomniały mi się głosy z fejsbuka, polecające autorkę jako piszącą dobre urban fantasy), ale teraz nie wiem, czy w ogóle będę czytać. No nic, zobaczymy.

Dwie ostatnie pozycje to z kolei zakup lubego - pierwszy i trzeci tom Trylogii Magów Prochowych Briana McClellana. Jemu się podobało, ja miałam od dawna w planach, więc pewnie zasiądę do lektury, jak tylko w ramach zakupów wspomnianych we wstępie do posta nabędę tom drugi.;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...